Deja vu i wieczny powrót
W pierwszym poważniejszym poście zamierzam zająć się zjawiskiem z którym niemal każdy się styka co jakiś czas. Z góry przepraszam za ewentualne błędy logiczne, zresztą ta praca niemal na pewno będzie je zawierać, jako, że to co przedstawiam to jedynie moje rojone pomysły zrodzone z godzin wieczornych rozmyślań domorosłego filozofa nad sensem życia i śmierci. Nie ma zresztą nic tak naprawdę odkrywczego, ja tylko połączyłem kilka idei które do tej pory funkcjonowały oddzielnie.
Deja vu pojawia się w najmniej oczekiwanych momentach i trwa co najwyżej kilka sekund. Nie każdy je miewa. Mało kto zastanawia się skąd właściwie się bierze. Są pewne naukowe wyjaśnienia, odsuńmy je jednak na bok, zajmijmy się czystą życiową filozofią ;D. Wcześniej jednak wprowadźmy jeszcze jedno pojęcie, mianowicie 'wieczny powrót' z którym osobiście wiążę to zjawisko.

Skarabeusz jako symbol wiecznego powracania.
"Wszystko ma swój czas
i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem.
Jest czas rodzenia i czas umierania,
czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono,
czas zabijania i czas leczenia,
czas burzenia i czas budowania, [...]
czas miłowania i czas nienawiści, [...]
Wszystko co czyni Bóg na wieki będzie trwało. [...]
To co jest, już było, a to, co ma być kiedyś, już jest. [...]"
(Koh 3, 1-15)
Tak mniej więcej wieczny powrót wygląda w ujęciu starożytnych. Zanim sam to omówię głos należy jeszcze do nieocenionego Fryderyka Nietzschego:
A gdyby tak (...) jakiś demon (...) rzekł ci: "Życie to, tak jak je teraz przeżywasz i przeżywałeś, będziesz musiał przeżywać raz jeszcze i niezliczone jeszcze razy; i nie będzie w nim nic nowego, tylko każdy ból i każda rozkosz i każda myśl i każde westchnienie i wszystko niewymownie małe i wielkie twego życia wrócić ci musi, i wszystko w tym samym porządku i następstwie" - (...) Czy nie padłbyś na ziemię i nie zgrzytał zębami i nie przeklął demona, który by tak mówił? Lub czy przeżyłeś kiedy ogromną chwilę, w której byś był mu rzekł: "Bogiem jesteś i nigdy nie słyszałem nic bardziej boskiego". Gdyby myśl ta uzyskała moc nad tobą, zmieniłaby i zmiażdżyła może ciebie, jakim jesteś. Pytanie przy wszystkim i każdym szczególe: "czy chcesz tego jeszcze raz i jeszcze niezliczone razy?" leżałoby jak największy ciężar na postępkach twoich. Lub jakże musiałbyś kochać samego siebie i życie, by niczego więcej nie pragnąć nad to ostateczne, wieczne poświadczenie i pieczętowanie.
Podstawą wiecznego powrotu jest koncepcja fizyczna. Jeśli uznamy, że ilość tak przestrzeni jak i materii jest we wszechświecie skończona to w konsekwencji tak samo skończona musi być ilość stanów tej materii w tej przestrzeni. A jeśli tak to stany te muszą się powtarzać (co prawda nie wszystkie, jedne na przykład mogą w całej wieczności wystąpić tylko raz, inne mogą mieć tych wystąpień dużo większą liczbę, liczba ta jednak nawet być nieskończona, za to liczba samych możliwych stanów jest skończona). Jakie ma to konsekwencje dla życia? Proste - jeśli połączyć teorię wiecznego powrotu z deja vu można łatwo dojść do wniosku, że widocznie odczuwając znajomość danej sytuacji instynktownie czujemy (trudno powiedzieć w jaki sposób), że dana sytuacja miała już miejsce, a zakładając prawdziwość teorii jak najbardziej miała do tego prawo. Wszystko byłoby bardzo pięknie gdyby nie ucieczka galaktyk, ponoć według najnowszych badań ( których wyniki znam z podręcznika do fizyki ) siły grawitacji nie są wystarczające by utrzymać materię w "kupie" a zatem rozpierzchnie się ona w pustce i oziębi. W takim razie wieczny powrót byłby całkiem obalony, w jego przypadku trzeba by wszechświata oscylującego, to jest takiego w którym po każdym wielkim wybuchu materia po pewnym okresie wracałaby do stanu początkowego i następował następny wielki wybuch ( i tak w nieskończoność, czyż to nie piękne ;P).
Wszystko to mało prawdopodobne ( szalone wręcz ;P), ale ewentualne życiowe konsekwencje nad wyraz ciekawe. Można by tu uznać duszę za to coś co przenosi informację i pozwala nam zorientować się( deja vu ), że dana sytuacja miała już kiedyś miejsce w innym cyklu wszechświata. Liczba stanów jest skończona, więc powstałaby tu dla niektórych wielka niesprawiedliwość, ktoś mógłby za każdym razem pędzić życie biedaka, ktoś inny wracać jako bogacz, ktoś inny zaś mieć setkę możliwości i poznawać życie z każdej strony. Możliwości jest mnóstwo.
To na razie tyle, temat wcale nie został wyczerpany, jedynie nakreślony jako podstawa do dalszych prywatnych przemyśleń i dyskusji. Mam nadzieję, że opisałem wszystko w miarę zrozumiały sposób.
Etykiety: filozofia

1 luty 2008 10:00
Heh. Ale widzę tu taki pewien paradoks.
Jeśli przeżywamy coś pierwszy raz to nie czujemy tego, że przeżywamy to któryś raz, więc będzie się to różniło od następnych żyć. Ten paradoks można rozwiązać tym, że wszechświat wiecznie się odnawiał i nie ma początku i że nigdy nie było tego pierwszego przeżycia.
Ale jeśli czujemy de ja vu możemy zmienić swoje postępowanie? top
4 luty 2008 07:21
As you like it... ;D top
24 maj 2008 00:01
(od)wieczny powrót...
to koncepcja, która fascynuje ludzi od zarania dziejów. logika bezwględnie musi doprowadzić nas do tego wniosku. ale nie łaczyłbym tego z deja vu, które ma już wystarczająco wile naukowych wyjaśnień. sam dodam od siebie tylko to, że gdyby było tak jak piszesz mielibyśmy niustające deja vu. bo przecież to życie musieliśmy już kiedyś przeżyć i każdy jego moment każde zdarzenie już było... top